Skocz do zawartości
Forum Burgmania

Ostatnia kawalerska podróż burgmaniaka...


adrianx9

Rekomendowane odpowiedzi

Przychodzi taki czas w życiu mężczyzny (a zwłaszcza fana maxi!), kiedy przed pokonaniem ostatniej kawalerskiej prostej chcesz dosiąść mechanicznego rumaka i pognać nim przed siebie. Dla mnie są to ostatnie wakacje błogiej beztroski;) i postanowiłem wykorzystać je na wyprawę skuterem. W grudniu zamieniłem Scarabeo 125 na Piaggio x9 250 Evo, dokupiłem deflektor i kilka innych akcesoriów i zacząłem snuć plany wakacyjnej wycieczki. Ostatecznie stanęło na tym, że z Kalisza pojadę na południe kraju, potem północna Słowacja, Bieszczady, Roztocze, Polesie, okolice Białegostoku i powrót przez Warszawę, skąd zabiorę swoją narzeczoną. Ograniczeniem był czas, 9 dni to, jak się okazalo, naprawdę niewiele. Małe pakowanie, zerowanie licznika, kontrola poziomu oleju i jedziemy! W planach na pierwszy dzień odwiedziny teściów w okolicach Częstochowy, wizyta u proboszcza, szybka wizyta u rodziny na Śląsku i nocleg w Katowicach. Pogoda idealne, słonecznko przygrzewa coraz mocniej. Robi się już 30 stopni i zaczynam rozumieć kumpla, który mówił "stary, spodnie z cordurry to nie jest dobry pomysł na upały". Pierwsze 160 km poszło gładko, pora na wizytę u plebana. "Yyyy, niech będzie pochwalony, ja tu do księdza w takiej sprawie (...) Pit stop u proboszcza poszedł szybko, prawie jak wymiana opon w F1, pora na teściów. Oj zasiedziałem się, zasiedziałem... robi się póżno, a tu jeszcze czeka chrześniaczka w Tarnowskich Górach i kolega w Katowicach. Wpadam na autostradę i na dłuższej prostej z lekkiej górki bujam x9 objuczoną pełnym kufrem, plecakiem przytroczonym do kanapy i "spowalniaczem" w postaci deflektora do prawie 140 km/h. "Wybacz mi stary, kumpel czeka, w nagrodę dostaniesz jutro V-powera na Shellu". Piaggio zgadza się na taki układ i w ekspresownym tempie lądujemy w Katowicach pod akademikami. Misja "oszukać portiera" rozpoczęta. Nagle tragedia- zostałem zdemaskowany! Podejście numer dwa okazuje się jednak skuteczne i przed jutrzejszym dniem mogę spokojnie odpocząć w gościnnym akademiku kolegi ze szkolnej ławy. Ponad 270 km za mną, świetny początek wyprawy! Plan na jutro jeszcze się tworzy, ale póżnym wieczorem jest decyzja- rano lecę na Oświęcim, Kęty, Korbielów, przekraczam granicę ze Słowacją i wracam do Polski w Chochołowie. Mając ułożoną taką trasę, spokojnie zasypiam, czekając niecierpliwie na to, co przyniosą jutro kolejne nawinięte kilometry.

Cdn. (podobnie jak fotki)

Link do zdjęć: https://picasaweb.go...CO3D6MLItI7wmAE

Dzień 2

Dzięki uprzejmości i gościnności kolegi i jego dziewczyny, którzy przygotowali śniadanie, odpadła konieczność szukania czegoś na ząb po drodze. Pogoda idealna, choć temperatura szybko rośnie. Zgodnie z planem wyruszam około 10 i kieruję się na Tychy, dalej Oświęcim i Kęty. Początkowo trasa nie powala widokami, ale z czasem staje się coraz bardziej atrakcyjna. Prawdziwy smak jazdy skuterem- spokojnej, krajoznawczej, pozwalającej upajać się pięknem, zaczynam odczuwać przed Żywcem. Nieco bardziej kręte drogi, woda i góry- to jest to! Zostawiam na sobą Międzybrodzie Żywieckie i sam Żywiec i nieco podekscytowany zmierzam w kierunku Słowacji. Byłem tam nie raz i nie dwa, ale nigdy skuterem. Za Korbielowem wita mnie tablica informująca o podstawowych przepisach na Słowacji, najważniejsze jest to, że motocykle nie płacą za winietki. Z bananem na twarzy zmierzam na Namestovo. Droga totalnie pusta, czasem trafi się przy drodze jakiś pensjonat czy kilka domów, poza tym lasy, niewysokie góry i słońce- to lubię! Zwiedziłem prawie całą Europę i nie tylko, ale to tutaj, raptem 400 km od domu, zaczynam czuć, że zrobiłem coś, na co czekałem od kilku lat. Zostawiłem za sobą obawy o pogodę i awarie sprzętu i pojechałem- tak po prostu. Nie zamierzam wprawdzie objechać dookoła ziemskiego globu ani nawet Europy, może nie zrobię czegoś spektakularnego, ale spełnię swoje małe marzenie i symbolicznie zakończę jakiś etap mojego życia. Z dużą dawką optymizmu dojeżdżam do Namestova. Skuszony przytulnym wystrojem małej kawiarenki zamawiam mrożoną kawę i delektuję się nią, dając x9 nieco wytchnienia. Jedziemy dalej wzdłuż zbiornika wodnego Orava, mijając po drodze kilka kempingów o bajecznym położeniu. Za Trsteną odbijam na Oravice- miejsce dobrze mi znane, które odwiedzałem nie raz. Za całe 1 euro zostawiam skuter wraz z bagażem pod okiem pani parkingowej, przebieram się i robię szybki wypad w góry. Dolina Juraniowa to świetne miejsce na dwugodzinny wypad. Przy szlaku kuszą mnie dzikie maliny, przez które szlak mija zadziwiająco powoli. Ciche dudnienie na horyzoncie niepokojąco przypomina o tym, że za rogiem może czaić się burza. Na szczęście burza przeszła bokiem (no, prawie bokiem). Łyk wody z górskiego strumienia i wracam na parking. Robi się późne popołudnie, pora na obiad. Przed Chochołowem zatrzymuję się w sprawdzonej knajpce, pizza za całe 3 euro okazuje się być jedną z lepszych, jakie jadłem ostatnimy czasy. A do pizzy- a jakże- Kofola. Posilony mogę jechać dalej. Chyba mam szczęście, bo gdzieś nad Tatrami wisi ulewa, a piaggio jest suchy. W Chochołowie ulicami płynie woda- gdybym trafił tutaj 15 minut temu, byłoby źle. No, może nie źle, ale na pewno mokro. W Chochołowie odbijam na Ciche (ale nie Małe Ciche, tylko po prostu Ciche), gdzie w zaprzyjaźnionym pensjonacie planuję nocleg. Zdążyłem postawić piaggio na stopce, gdy rozpadało się straszliwie. Na szczęście znalazło się dla mnie miejsce i do jutra nie muszę martwić się o dach nad głową. Wyjąłem książkę pod wymownym tytułem "Byle dalej", którą zamierzam przeczytać do końca podróży, a która jest zapisem 888 dni podróży dwojga odważnych ludzi, którzy pieszo, rowerami, elektrycznym skuterem, motocyklem, autem, pociągiem, autobusem, łodzią i samolotem przemierzyli ziemię dookoła. Jak na prawdziwego turystę przystało, zabrałem też metalowy kubek i grzałkę i po 3 minutach zasiadam przy stoliku z książką w ręku i gorącą herbatą. Znowu trafiłem z czasem- burza niemiłosierna trzaska po okolicznych górach, a ja w zaciszu pokoju jestem myślami w Azji, gdzie przebywają autorzy książki. Tego dnia nie wydarzyło się już nic specjalnego, jeśli nie liczyć spaceru do pobliskiego sklepu.

Dzień 3

Ranek wita mnie lekką mgłą i przyjemnym chłodem. Szybkie śniadanie, pożegnanie z właścicielem pensjonatu, który udzielił mi gościny za całe 20 zł i jedziemy dalej. Profilaktycznie sprawdzam poziom oleju, ale nie ubyło go ani trochę. Przed Zakopanem zjeżdżam na BP, żeby napoić 22 konie na zapas. Już odruchowo sięgnąłem po pistolet z PB 95 kiedy przypomniałem sobie o przedwczorajszej obietnicy złożonej piaggio. Grzecznie odłożyłem i sięgnąłem po pistolet z BP Supreme- za dzielną podróż należy się premia. Pogoda znowu mnie rozpieszcza- jest coraz piękniej. Przejeżdżam Zakopane, zatrzymuję się tylko na Jaszczurówce, dalej kierunek Łysa Polana. Znowu wita mnie Słowacja, pierwszy postój robię w Spiskiej Beli. Mam ochotę na mały spacer po urokliwej mieścinie, ale mam małe opory przed zostawieniem bagażu na skuterze. Niby to tylko torba na przekrok i plecak przytroczony do siedziska, ale może kogoś skusić. Może powinienem pozbyć się uprzedzeń w sotosunku do Cyganów licznie zamieszkujących te okolice? Ale co jeśli oni pozbawią mnie bagażu i złudzeń co do ich stereotypowego charakteru? Robię pięciominutowy spacer i wracam do skutera. Wszystko jest na miejscu, jedziemy dalej. W Starej Lubovnej odwiedzam Zamek położony w sąsiedztwie ciekawego skansenu. Parkingowy nie chce ani centa za opiekę nad skuterem i bagażem- skuter ma chyba to coś, co każe go lubić. Odwiedzam też centrum miasteczka, małe lody na zapchanie pierwszego głodu i ruszamy. Dłuższy postój robimy w Bardejovie- uroczym mieście z zabytkowym rynkiem. Upał daje się we znaki, wybieram zaciszny lokal położony w podziemiach, zamawiam swój ulubiony "wyprażany syr" z dodatkami, a do tego oczywiście Kofola. Chwilo, trwaj- myślę sobie jedząc wyborny obiadek. Z trudem wytaczam się z pełnym żołądkiem na rynek, robię rundę dookoła i wracam na parking. Gdzieś w okolicach Svidnika robię krótki postój w.... kukurydzy (vide zdjęcia), bo upał skutecznie wyssał ze mnie wszystkie płyny i trzeba je uzupełnić. I znowu puste słowackie drogi, niewysokie góry i my- idealna kompozycja- człowiek i jego skuter. Koło 17 ląduję pod Komańczą, gdzie w sprawdzonym miejscu robię kolejny nocleg. Tym razem przykra niespodzianka- "zaprzyjaźnieni" gospodarze, którym oszczędziłem nawet prania pościeli zabierając śpiwór, kasują mnie na 90 zł. Nie tego się spodziewałem... zrobiło mi się trochę przykro, ale zapłaciłem- cóż, więcej już na mnie nigdy nie zarobią, kolejny raz mnie tutaj już nie będzie... Lektura "Byle dalej" nieco poprawia mi humor i wypełnia czas aż do wieczora.

Dzień 4

Poranek w Bieszczadach wita mnie słońcem. Ruszam w kierunku Ustrzyk Górnych, ale wcześniej odbijam na Solinę. Odwiedzam nieco zapomnianą dawną cerkiew w Łopience i krętą, malowniczą trasą dojeżdżam nad Solinę. Tłok jest tak wielki, że szybko porzucam plan postoju w tym miejscu- szukam raczej spokoju i ciszy, a nie zgiełku i atmosfery odpustu. Przed Leskiem dopada mnie głód, wyciągam bułki, niezawodny pasztet, sok i robię śniadanie na łonie natury. Za Sanokiem niebo przybiera złowrogie barwy. Próbuję odgadnąć, co przyniosą chmury, ale nie potrafię postawić jednoznacznej diagnozy. Może zamiast książki podróżniczej powinienem był zabrać podręczny atlas chmur? Za Sanokiem wolę nie kusić losu i zabezpieczam bagaż kondonikiem przeciwdeszczowym. Cieszą mnie niezmiernie duże zadaszone przystanki- w razie czego już wiem, gdzie się schronić. Jadę na północ na Dynów- śliczne okolice, malownicze wzgórza i burza czająca się za rogiem. Z czasem jezdnia robi się sucha i zagrożenie ulewą mija. Łańcut to idealne miejsce na przerwę, więc parkuję sprzęt, zamawiam coś do jedzenia i zwiedzam park, w którym położony jest zamek. Intuicja każe mi jechać dalej, chyba coś przeczuwa. Szybko dojeżdżam do Leżajska, pod Tarnogrodem "pęka" pierwszy tysiąc kilometrów. Mijam Biłgoraj i odbijam na Zwierzyniec. W Obroczu, na skraju Roztoczańskiego PN, znajduję bardzo przyjemne zakwaterowanie, dodatkowo gospodarze organizują spływy kajakowe. Szybka decyzja- zostaję tu. Wieczorkiem odwiedzam jeszcze Zwierzyniec i kościół na wodzie. Do północy oddaję się lekturze "Byle dalej"- oni, podobnie jak ja, też są już w połowie drogi...

Dzień 5

Dzisiaj zamieniam na kilka godzin skuter na kajak. Startuję wczesnym rankiem, zanim tłumy zdążą

wytoczyć się z pansjonatów i zamienią cichego Wieprza w kajakową autostradę. Bezszelestnie płynę przez dzikie okolice, by przed 13 osiągnąć metę w Szczebrzeszynie. Miła odmiana od skutera, ale chcę już zamiast wiosłą chwycić stery piaggio. Około 14 wyruszam do Zamościa, którego nigdy jeszcze nie widziałem. Faktycznie, ta perła renesansu nie jest ani trochę przereklamowana. Rozkoszuję się spacerem po rynku i okolicznych uliczkach, daję się skusić na obiad i jadę dalej. 36 stopni to już przesada... ale cóż począć. Zdejmuję kurtkę i obieram kierunek na Krasnystaw. Duszno, parno, zaczyna wiać. Będzie burza? Nie będzie! Póżnym popołudniem dojeżdżam do Urszulina pod granicę Poleskiego Parku Narodowego, Szybko udaje mi się znaleźć niedrogie zakwaterowanie u starszych państwa, którzy, z typowo wschodnim akcentem, zachęcają mnie "niech sobie jeszcze jabłek nazbiera, bo dobre są one". Zmywam z siebie trudy podróży i robię rundkę pod okolicy. Spokojne, ciche jeziora prezentują się o zachodzie słońca wyjątkowo atrakcyjnie. Nie przeszkadzają mi ani dziury w asfalcie, ani nawet jego brak- tu żyje się inaczej, wolniej. Przy szutrowej drodze pasą się konie, a nad lasem widać ostatnie podrygi słońca. Zostałbym tu dłużej, ale przygoda czeka i pogania mnie przed siebie. Wracam do pensjonatu i zjadam zebrane jabłka, wyraz wschodniej gościnności.

Dzień 6

Nie tego się spodziewałem, kiedy zasypiałem przy otwartym oknie, a na deser oglądałem wczoraj gwiazdy na bezchmurnym niebie. Porywisty wiatr przygnał ciężkie chmury i straszy moje piaggio. Z taką wichurą ciężko będzie wygrać. Postanawiam poczekać do 10 z decyzją o wyjeździe, a tymczasem robię rundkę po Poleskim Parku Narodowym. Odwiedzam stare dęby, torfowiska i bagna, z niepokojem patrząc w niebo. Pogoda znowu jest dla mnie łaskawa, wichura nieco odpuszcza. Przed 11 ruszam na wschód do Włodawy, dalej Sławatycze i Terespol. Mam ochotę poczuć klimat prawdziwego wschodu Polski i jadę jak najbliżej granic naszego kraju. Za Janowem Podlaskim odbiajm na prom do Niemirowa, który ma mnie przewieźć na drugi przeg Buga. Po drodze mijam miejscowość o ciekawej nazwie Stary Bubel. Mam pecha, bo prom odpływa dopiero o 14, a jakikolwiek most na Bugu jest daleko stąd. Spokojną drogą wzdłuż Buga dobijam do krajowej 19, a stamtąd już blisko do Grabarki,świętej góry wyznawców prawosławia. Odwiedzam to miejsce slynące zwłaszcza z ogromnej ilości krzyży i następnie przez Kleszczele jadę na Hajnówkę. W Hajnówce poję rumaka do pełna, sam też napełniam żołądek i ruszam du zubrów, czyli w kierunku Białowieży. Szybko udaje mi się znaleźć nocleg, zwiedzam okolice i snuję plany na jutro. Do końca książki zostało już bardzo niewiele, moja wyprawa też zakończy się za 3 dni...

Dzień 7

Poranek, pomimo moich obaw, nie przyniósł deszczu. Postanowiłem zwiedzić trochę okolicę zanim na dobre stąd wyjadę. Odwiedziłem Miejsce Mocy- rzekome miejsce dawnych obrzędów pogańskich i tajemniczego pozytywnego promieniowania. Do Miejsca Mocy prowadzi szutrowa droga, może nie idealna, ale przejazdna dla skutera. Spacer w promieniach słońca dodał mi energii. A może to efekt działania Mocy? Odwiedziłem jeszcze żubry pod Białowieżą i wróciłem do pensjonatu. Spakowałem dobytek, pożegnałem się z gospodarzami i zaparkowałem pdo wejściem do parku narodowego, gdzie wykupiłem trzygodzinny spacer przez rezerwar ochrony ścisłej w grupie z przewodnikiem. Przewodnik trochę przypominał mi typowego fana maxiskuterów- po dźwięku pozna, co go wydaje, po barwach powie, z jakiego rocznika i czy dużo zjada. Dla mnie wszstko to "ptaszki", dla niego wszystko co ma 2 kółka i automat będzie skuterem. Ja mogę się zżymać, gdy ktoś powie na piaggio zipa i na moje x9, że to wszystko takie podobne skutery, on samych dzięciołów, dla mnie podobnych, odróżni z 10 rodzajów. Przez dziewiczą puszczę przebrnęliśmy sprawnie, ostatnie spojrzenie na Białowieżę i jedziemy dalej! Do Narewki kilkanaście kilometrów wiedzie przez szuter, nie ma lekko. Dalej już asfaltem dojeżdżam do Siemianówki, gdzie ewenemementem jest linia kolejowa biegnąca przez środek zalewu- czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Dobijam do krajowej 65, robię zdjęcie w Królowym Moście, znanym z U pana Boga za piecem i jadę dalej. W planach mam jeszcze Supraśl. Nagle pojawia się oznakowane odbicie na tę miejscowość, którego nie ma na mapie. Pytam kogoś, potwierdza, że tędy na Supraśl. Po 2 km kończy się asfalt. Po kolejnych 2 spotykam zdezorientowanych warszawiaków, którzy pytają mnie o drogę. Zaczyna padać deszcz i po grząskim piachu jadę max. 30 km/h. Leje już solidnie i owiewki na niewiele się zdają- na szosie mogę dodać gazu i część deszczu mnie omija, teraz wszystko leci na mnie...Po kilkunastu minutach docieram do Supraśla, chowam skuter pod parasol Żubra, a sam suszę się w jakiejś knajpce. Piękna miejscowość, ale dojazd do niej skrótem- pomyłka. Po godzinie jestem już w Białymstoku, gdzie przyjmuje mnie stara dobra znajoma. Wieczór upływa na dopingowaniu w klubie siatkarzy grających ćwierćfinał z Rosją. Niestety, nie pomogło...

Dzień 8

Po porannej kawie na działce pod Białymstokiem wyruszam na Warszawę. Znowu straszy deszczem. Krajowa 8 w remoncie, ale udaje mi się ominąć korek- w końcu od czego ma się skuter! Sporo wieje, TIRy na drodze, miota mną straszliwie. Próbuję znaleźć sobie miejsce na drodze- za tirem, przed nim- bezskutecznie. Wiatr wali po kasku, jazda męczy. W końcu gram va banque- wyprzedzę całe to towarzystwo, może dam radę. Dłuższa prosta, tiry grzecznie zjeżdżają do krawędzi, gaz do końca, lewy migacz i wyprzedzam kolumnę rosyjskich tirów. Adzin, dwa, tri, cietyrje- zachęcam x9 do dania z siebie wszystkiego. Wyprzedzanie na trzeciego nie jest moim ulubionym sportem, ale dziś wychodzi nadspodziewanie dobrze, jeśli tir zjedzie do prawej krawędzi. Sto kilometrów walki z wiatrem i tirami, ale to już za mną. Dalej jest już tylko lepiej- lekki deszczyk i mały korek pod Warszawą to pestka. Dojeżdżam do Warszawy, witam się z narzeczoną, rozbieram motocyklową odzież, która, nawiasem mówiąc, domaga się już prania, i jedziemy na obiad. Po późnym obiedzie wsiadamy oboje na skuter i robimy rundkę po Warszawie, odwiedzając Wilanów. To tylko rozgrzewka przed jutrzejszym powrotem do domu...

Dzień 9

Do 16 mam czas na odpoczynek przy kawie, nowym numerze TOP GEARa i garach, w końcu obiecałem, że zrobię zupę, zanim narzeczona wróci z pracy. Pogoda znowu się waha... O 17 pakujemy się na skuter. Cały schowek pod siedziskiem wypełniony rzeczami, do tego torba na przekrok, na której ląduje spory plecak- oj, sporo tego, Narzeczona zakłada na siebie wypchany 60-litrowy plecak i możemy jechać. Mija dłuższa chwila zanim opuścimy stolycę- przy takim obciążeniu wolę nie balansować między autami, bo nietrudno o obcierkę. Wpadamy na A2 i targani bocznym wiatrem wpadającym przez niedokończone bariery wzdłuż A2 dolatujemy do zjazdu Wartkowice. Tui miłe zaskoczenie- opłata za odcinek dla skutera to całe 2 złote!cKilka razy pokropiło, jest tylko 17 stopni, ale damy radę. Dalej już Poddębice, Jeziorsko i.... jesteśmy w domu. W niewiarygodne 2 godziny 38 minut dojechaliśmy 211 km do domu z Warszawy. Na autostradzie utrzymywałem prędkość około 110-115, poza nią...w zasadzie też. Ten ostatni etap pokonany razem to w zasadzie taka metafora związku- czasem pokropi, czasem powieje, ale wtedy trzeba mocniej chwycić się kierowcy i jechać dalej, a wszystko minie szybciej niż myślisz... Podobnie jak podróż dookoła świata, z której wrócili bohaterowie książki "Byle dalej"...

Podsumowanie trasy w liczbach:

2068 przejechanych kilometrów

1000% zadowolenia

74 litry spalonego paliwa (średnia 3,6 l/ 100 km)

9 dni

0 awarii

0 dolewek oleju

Podsumowanie trasy w $$$

Paliwo- ok 430 zł

Noclegi- razem 190 zł, część u znajomych

Jedzenie i inne atrakcje- ok. 300 zł

Co dalej? Może Chorwacja AD 2013?

Odnośnik do komentarza

Cudowna wyprawa, jeszcze na Piaggio !w00t

Świetnie opisane

Extra zdjęcia (czekam na więcej :rolleyes: )

Życze żebyś dalej tak jeździł również potem z przyszłym plecaczkiem :D

Szerokości w dalszej drodze życze

Odnośnik do komentarza

Kurcza nie mogę się nadziwić jakim jesteś pozytywnie zakręconym gościem :thumbsup: świetenie się czytało

9 dni - żeby przemyśleć co było i co będzie

2068km - żeby się zastanowić co się stanie po ślubie

74l spalonego paliwa - żeby poczuć się jeszcze chwile singlem

0 awarii i 0 dolewek oleju - to prezent od maszyny, żebyś miał czas na zastanowienie się nad dalszym życiem, a nie przejmowaniem się sprzętem

Jeszcze raz wszystkiego co najlepsze

Odnośnik do komentarza

Ślub na 90% w kwietniu 2013, dlatego też to ostatnie "takie wakacje". Na pewno podzielę się informacją, gdy będzie potwierdzona w 100%:thumbsup: Z moich spostrzeżeń, których nie opisałem powyżej, mam takie:

-w trasie bardzo przydaje się deflektor, do 100 jadę z otwartą szybką

-blenda przeciwsłoneczna w kasku to świetny wynalazek

-torba na przekrok z mapnikiem jest wręcz stworzona do skutera- sporo mieści i nie przeszkadza w jeździe (mam Oxforda)

-250 to dobra pojemność do spokojnego podróżowania- powyżej 110 słychać wyraźnie, że silnik wkłada w pracę więcej wysiłku, ale przy moim spokojnym usposobieniu i jeździe raczej rekreacyjnej w zupełności wystarcza

No i najważniejsze- skuterem można wiele. Fakt, że po 300 km jazdy czujesz ten dystans, a jadąc autem raczej nie, ale sposób odczuwania drogi jest kompletnie inny. Zwłaszcza zapachy- jedziesz sobie krętą górską drogą pośród pól i łąk, wiatr lekko owiewa Ci kask i czujesz zapach siana czy kwiatów. Wcześniej może nie zwracałem na to uwagi, a szkoda.

Swoje x9 mam dopiero od grudnia 2011, wiosną zrobiłem mu podstawowy serwis (tutaj ukłon w stronę panów z serwisu skuterowego KaHa w Kaliszu na skrzyżowaniu Łódzka/Warszawska), który kosztował mnie całe 200 zł- po gruntownym przejrzeniu okazało się, że faktycznie wszystko jest OK i nie ma się do czego przyczepić. Od tego czasu do dnia wyprawy nawinąlem 3000 km i nic się nie działo, ale zawsze jest jakaś obawa, że coś może się stać, a Ty dysponujesz tylko śrubokrętem i baaaaardzo podstawową wiedzą. Piaggio stanęło jednak na wysokości zadania i muszę bardzo je pochwalić nie tylko za bezawaryjność, ale przede wszystkim za komfort, w tym za ochronę przed wiatrem, no i bardzo przyzwoite spalanie na poziomie 3,6- do tej pory paliło średnio 4,0, jednak jazda w trasie jest ekonomiczna. Słowem- było warto!

Odnośnik do komentarza

AdrianX9, a powiedz jakie formalności załatwiałeś przed wjazdem na słowację- tzn zieloną kartę? jakiś wypis z NFZ że jesteś ubezpieczony?, jakiś asistance? czy tam autostrady są płatne?

korci mnie objazd tatr / beskidów tak jak Ty zrobiłeś

Odnośnik do komentarza

Zielona karta to już historia, w całej UE i niektórych innych krajach nie jest już potrzebna. Jeśli masz dokumenty typu dowód osobisty, dowód rejestracyjny, OC i przegląd to śmiało śmigasz po całej UE. Dla motocykli Słowacja nie przewiduje żadnych winietek, jeździsz za darmo gdzie chcesz. Dla przezornych polecam wyrobienie w NFZ karty EKUZ (Eurpoejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego), ja sobie to podarowałem. Assistance miałem w wariancie podstawowym, chociaż warto rozważyć wykupienie droższej wersji z szerszym zakresem ochrony. Generalnie nie odjeżdżałem daleko od granic Polski, stąd też nie przywiązywałem większej wagi do ubezpieczenia zdrowotnego czy lepszego assistance.

Odnośnik do komentarza

Zielona karta nie jest co prawda "potrzebna", ale warto ją mieć przy sobie, zwłaszcza, jeśli nie jest to związane z dodatkowymi kosztami :photo: . Bo w niektórych krajach ułatwia mocno życie w momencie jakiejś stłuczki...

Odnośnik do komentarza

Sam to określiłeś : OSTATNIA

Kobieta to jest taki gatunek, który potrafi zamienić pasję człowieka w jego wadę.

3-mam Kciuki J.D.

P.S. Zawsze bywają wyjątki od reguły'

P.S.II. I żeby nie było że nie ostrzegałem.

Odnośnik do komentarza

Mam coś takiego jak tutaj: http://sklep.firebla...ooter-p476.html

Torba nazywa się Oxford scooter i jak na produkt poniżej 100 zł wypada bardzo korzystnie. Nie jest to torba dedykowana do x9, ale dobrze komponuje się z jego przekrokiem. Na długość pasuje, a jeśli nie jest wypchana do granic możliwości, to szerokość też jest OK i nie przeszkadza kierowcy czytaj nie obciera o nogi. Minusem jest sposób mocowania- dwa paski przyklejasz po bokach przekroku w skuterze, te paski mają rzepy, które łapią rzepy na szerokich paskach od samej torby. W teorii OK, w praktyce ta małe paski mocowane na plastikach skutera po pewnym czasie się odlepiają, siłą rzeczy co pewien czas chcesz zdjąć torbę, mocniej pociągniesz, wejdzie gdzieś trochę kurzu i paski nie trzymają się jak powinny. Od niedawna nie korzystam w ogóle z tych pasków pocujących, wkładam torbę i trzyma się bez problemu "sama z siebie"- od przodu ogranicza ją jeden plastik, od tyłu drugi, od boku nogi- nie ma prawa wypaść. Plusem torby jest dobra jakość wykonania, łatwe otwieranie, boczne kieszonki i mapnik, bardzo przydatny. W komplecie jest też kondonik przeciwdeszczowy, trochę go nadyma przy szybkiej jeździe ale daje radę. Ogólnie polecam torbę i jak na produkt uniwersalny, do x9 pasuje bardzo dobrze. Aha, w kryzysowych sytuacjach na torbę mieści się jeszcze niewielki plecak, który można zahaczyć o to kółeczko do trzymania np. toreb z zakupami pod kierownicą. Jak to wygląda na x9 możesz zobaczyć na fotkach z wyprawy- link w pierwszym poście. Tyle w temacie OT;)

Odnośnik do komentarza

Bardzo fajnie i sympatycznie, może i z dozą smutku? :D napisana pożegnalna relacja. Ale teraz może być nawet lepiej, bo podróżowanie we dwoje na jednym siodełku, to jak przygoda Don Kichota i Sancho Pansy. Udanej podróży poślubnej, może i na skuterze :P . Serdecznie pozdrawiam :)

Odnośnik do komentarza
  • Klubowicze

Ujmująca niecodzienna i wyjątkowa relacja z podróży. Dziękuje, że podzieliłeś się własnymi wrażeniami. :)

Sam to określiłeś : OSTATNIA

Kobieta to jest taki gatunek, który potrafi zamienić pasję człowieka w jego wadę.

3-mam Kciuki J.D.

P.S. Zawsze bywają wyjątki od reguły'

P.S.II. I żeby nie było że nie ostrzegałem.

Dobrze Jacku, że umieściłeś P.S. o wyjątkach od reguły, na szczęście na Burgmani są tylko wyjątki :):nono:

Odnośnik do komentarza

To i ja strzelę mały offtop - dokupowałeś ten deflektor? Możesz podać gdzie i za jaką kasę? Ewentualnie ma ktoś namiary na wyższą szybę do X9 2000 r.?

CO do wyprawy - genialna! Jak się to czyta, to samemu chce się siąść na sqta i ruszyć. Pozdrawiam.

Odnośnik do komentarza

Super opis i także Twoja wyprawa Bardzo sympatycznie się czyta relacje z tej wyprawy Fajnie że podzieliłeś się z Nami Dzięki i Pozdrawiam no i oczywiście wszystkiego naj naj na nowej drodze życia :):beta:

Super opis i także Twoja wyprawa Bardzo sympatycznie się czyta relacje z tej wyprawy Fajnie że podzieliłeś się z Nami Dzięki i Pozdrawiam no i oczywiście wszystkiego naj naj na nowej drodze życia :dots::clap:

Odnośnik do komentarza

Wyjątkowy opis, niezwykle udanej wyprawy....tylko pogratulować. :)

A teraz życzę spokoju i nieco luzu przed najważniejszą życiową uroczystością, która nieco odmieni Twoje życie....

Wszytkiego najlepszego na nowej, oby i czasem skuterowej drodze życia.... :dots:

Odnośnik do komentarza

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×
×
  • Dodaj nową pozycję...